Tusz IsaDora WigWham wygrałam w konkursie - jak już wspominałam przy innych kosmetykach, bardzo się z tego cieszę, ponieważ firma ta nie należy do najtańszych. Tym bardziej ucieszyłam się z tuszu, bo tego typu produktów używam codziennie i idą jak woda :)
Pierwsze, co się rzuca w oczy to czarno-różowe opakowanie. Jest dość małe jak na tusz, ale zawiera 11 ml produktu. Jest dostępny tylko w odcieniu 01 Black magic.
Tusz ma bardzo ciekawą szczoteczkę, której nigdy wcześniej nie spotkałam. Jest to spiralka ułożona z pojedynczych, sztywnych włosków. Jest nawet wygodna, trzeba tylko przed nałożeniem produktu "oczyścić" końcówkę z nadmiaru tuszu.
Wielką zaletą tego tuszu jest jego trwałość - dopiero po ok. 8 godzinach może (nie musi) zacząć lekko się odbijać na górnej powiece/pod okiem. Jednak na mnie trzeba brać poprawkę, ponieważ notorycznie przecieram oczy i nie potrafię się tego oduczyć. Warto również zaznaczyć, że nie podrażnia wrażliwych oczu.
Efekt, jaki daje produkt przy jednej i dwóch warstwach:
Jeśli chodzi o rozdzielenie rzęs, to nie sugerujcie się zdjęciem - używam grzebyczka z Inglota (genialny! - jeżeli chcecie, mogę go opisać). Niestety tusz potrafi mocno posklejać rzęsy. Trzeba dojść do wprawy, żeby uzyskać taki efekt bez pomocy innych przyrządów.
I jeszcze jedno - nie zrażajcie się o niego, jeżeli nie sprawdzi się świeżo po otwarciu. Tak jak większość tuszy działa znacznie lepiej, gdy troszkę podeschnie.
Podsumowując, bardzo polubiłam ten tusz, ale nie zostanie moim ulubieńcem (którym od dawien dawna jest L'Oreal Telescopic). Ładnie pogrubia i wydłuża rzęsy, ale potrafi je mocno skleić. Jednak uważam, że jest dobrym kosmetykiem wartym kupna, jeśli tylko nie odstrasza Was cena 49 zł.
Miałyście ten tusz? Co o nim sądzicie?
Napiszcie mi również, który tusz jest Waszym ulubionym - być może znajdę następcę ulubieńca wśród Waszych typów :)
peace&love,
Rebellious lady