poniedziałek, 12 października 2015

Rzeczy do charakteryzacji, które masz w domu | Seria halloweenowa

Od kiedy zainteresowałam się tworzeniem charakteryzacji, starałam się wykorzystywać rzeczy, które miałam w zasięgu ręki. Powód był oczywisty - na początku zabawy ze sztucznymi ranami i krwią nikt nie chce inwestować w stosunkowo drogie akcesoria dla charakteryzatorów. Po czasie kombinowania i próbowania - dosłownie - na własnej skórze, dziś wiem, co sprawdza się najlepiej i co można wykorzystać do stworzenia dobrze wyglądającej charakteryzacji. Większość tych rzeczy na pewno macie w domu, nie pozostaje więc nic innego niż zacząć planować swój upiorny makeup na Halloween!




Zacznę od rzeczy, które można wykorzystać jako sztuczną krew. W zależności od Waszej charakteryzacji lepsza będzie rzadka (lepiej będzie spływać, np. z czoła) bądź gęsta krew (nie będzie się za bardzo przemieszczać). Najpierw najbardziej podstawowe rozwiązanie - farba. Zanim nałożycie ją gdziekolwiek, sprawdźcie tylko, czy nie jest toksyczna. Jeśli nie macie odpowiedniego odcienia czerwieni, polecam wymieszać czerwień z błękitem, a nawet odrobiną czerni (zwykle krew zasycha na bardzo ciemny, wręcz czarny kolor). Kolejnym sposobem jest wykorzystanie barwników spożywczych - tu krew będzie bardzo rzadka, ale całkiem dobrze zasycha na skórze i potrafi wyglądać realistycznie. Tu znów polecam wymieszać czerwień z błękitem, chyba że zależy Wam na przerysowanym, sztucznym efekcie. Ostatni sposób to po prostu zrobienie sobie domowej sztucznej krwi. Sposobów jest kilka, ale właściwie każdy opiera się na mieszance żelatyny, wody i gliceryny z dodatkiem barwników spożywczych. Osobiście polecam wersję do zrobienia w kąpieli wodnej, nie w mikrofali, ponieważ w kąpieli wodnej wszystko rozpuszcza się równomiernie i nie tworzą się bąble powietrza, co ma wpływ na późniejszy wygląd krwi. Przepisy możecie znaleźć m.in. tutaj i tutaj. Krew możecie przechowywać z szczelnym pojemniczku i używać wielokrotnie.




Przejdźmy do robienia sztucznych ran. W tym przypadku cała tajemnica polega właściwie na odpowiednim wykorzystaniu czegoś, co będzie udawało postrzępioną skórę czy mięśnie oraz czegoś, co sklei całość i optycznie stopi ranę w normalną skórę. Klej do rzęs bardzo dobrze zastępuje mleczko lateksowe, więc posłuży nie tylko do klejenia, ale i imitowania pomarszczonej czy zdartej skóry. Czymś, czego używam do klejenia miejsc innych od twarzy, jest klej do decoupagu. Z wiadomych przyczyn nie nakładam go na cerę, ale świetnie sprawdzi się np. na rękach (chyba, że jesteście bardzo wrażliwi, wtedy uważajcie z eksperymentowaniem). Jako mojej masy budującej ranę używam pojedynczych warstw chusteczek higienicznych, koniecznie podartych, nie pociętych. Darcie chusteczek pozwala na dopasowanie wielkości kawałków, ale dodaje realizmu ranie.





Jestem ciekawa, czy znacie inne domowe sposoby na rzeczy do charakteryzacji. Słyszałam o gumie do żucia, ale trochę brzydzi mnie taki pomysł. Może macie już pomysł na swoje tegoroczne przebranie? Dajcie znać w komentarzach!


peace&love,
Rebellious lady

niedziela, 4 października 2015

Trzecie oko | Seria halloweenowa

Niedawno cały Internet obiegł filmik, na którym znana beauty guru robi makijaż, w którym dodaje sobie kolejną twarz, przez co całość wygląda na tyle kosmicznie, że można od tego dostać nawet bólu głowy. Sama byłam zachwycona tym pomysłem, ale przez samo patrzenie na to przez kilka minut trochę kręciło mi się w głowie, postanowiłam stworzyć coś podobnego, ale mniej ogłupiającego. Jest to dość prosty makijaż, ale im więcej wagi przywiążecie do szczegółów, tym realistycznej będzie wyglądać.




Zanim zaczniecie, musicie zastanowić się, jaki efekt chcielibyście osiągnąć tym makijażem. Opcji jest kilka: zwykłej wielkości, realistyczne oko; duże, w komiksowym stylu; dobrym pomysłem może być też zrobienie kilku na różnych miejscach na twarzy. Kiedy już ustalicie wielkość i położenie oka/oczu, czas zabrać się za malowanie!





Jako że postanowiłam umieścić moje oko na środku czoła, staram się wymierzyć środek, następnie zaznaczam kropkami mniej więcej początek i koniec oka, a także jego szerokość. Do namalowania białka sprawdzi się biała kredka do oczu.




Po narysowaniu białka, obrysowuję oko czarnym eyelinerem, dodaję na środku tęczówkę, źrenicę, a także białą plamkę, która będzie imitować odbicie światła. Jeśli dobrze przyjrzycie się swoim oczom, zauważycie, że mają ciemniejsze plamki na tęczówkach, więc narysowanie ich doda realizmu całości. Obrysowałam również samą tęczówkę, bo naturalnie mam czarną obwódkę w tym miejscu.




Kiedy już całość była w miarę gotowa, przyciemniłam trochę odcień tęczówki, żeby pasował do mojego koloru. Teraz zaczyna się zabawa, czyli malowanie naszego nowego oka. Brązowy cień nałożyłam pod okiem i na namalowaną przeze mnie powiekę - nowe załamanie możecie narysować dość mocno i ciemno, bo z daleka będzie to wyglądać bardziej trójwymiarowo. Dobrze, żeby makijaż trzeciego oka był identyczny z makijażem oczu, a jako że miałam tego dnia kreski eyelinerem, musiałam zmyć je i również pomalować na brązowo (nie wiem, w którą stronę miałabym namalować jaskółkę na trzecim oku :D).




W tym momencie nie pozostało nic innego niż przyklejenie do czoła sztucznych rzęs - żeby całość zyskała na realizmie, dobrze byłoby przykleić takie same rzęsy na normalnych oczach, jakie mamy na trzecim oku, ale z braku czasu darowałam sobie ten szczegół.  Całość z bliska może wyglądać trochę zabawnie, ale z daleka daje efekt, obiecuję.




Jeśli chcecie, żeby wasz look był bardziej przerażający, polecam założyć białe soczewki, wtedy otrzymacie efekt ślepca patrzącego trzecim okiem (próbowałam uzyskać podobny efekt zamazując moje tęczówki z programie do obróbki zdjęć). Żeby całość była jeszcze bardziej illuminati, możecie dodać kilka białych i czarnych linii na twarzy według uznania. Całość zajęła mi jakieś pół godziny, więc zdecydowanie można nazwać to szybkim sposobem na Halloween w przypadku braku pomysłu i czasu.

Mam nadzieję, że ten pomysł przypadnie Wam do gustu! Jeśli postanowicie zrobić swoją wersję tego makijażu, koniecznie dodajcie zdjęcie na Instagrama i otagujcie #RLhalloween, a także oznaczcie mnie @rebelliouslady, żebym mogła zobaczyć Wasze prace! 


peace&love,
Rebellious lady


Przez cały ten miesiąc...

Zaczął się październik, a zatem zaczął się ten wspaniały czas, w którym każdy może puścić wodze swojej fantazji i pochwalić się swoją kreatywnością. Nie, nie mam na myśli roku akademickiego. Już wiecie, o czym mówię, prawda? Co prawda Halloween to teoretycznie jeden dzień, ale jak dla mnie to cały miesiąc przygotowań, wymyślania charakteryzacji i strojów. Postanowiłam, że przez ten miesiąc na blogu będą pojawiać się posty związane z tematyką halloweenową, ale myślę, że nawet ci, którzy w żaden sposób nie uznają tego święta, znają tu coś dla siebie. Osobiście Halloween traktuję trochę jak karnawał, tyle że przebrania są straszniejsze. W planach mam posty dotyczące makijażu, paznokci, DIY, a nawet przebrań na ostatnią chwilę. Liczę, że wśród moich czytelniczek są fanki takich klimatów, bo tworzenie takich postów to dla mnie czysta rozrywka.




Pierwszy post już jutro - liczę na Waszą obecność!


peace&love,
Rebellious lady


wtorek, 15 września 2015

Cera naczynkowa | Oczyszczanie i nawilżanie

Od ostatniego razu, kiedy pokazywałam Wam moją pielęgnację twarzy, sporo się zmieniło. Przede wszystkim zauważyłam, że często przy potarciu, po umyciu twarzy, peelingu, itp. na mojej twarzy wyraźnie widać naczynka. Najpierw myślałam, że to wynik tego, że mam dość bladą cerę i łatwo się czerwienię, ale z czasem doszłam do wniosku, że po prostu mam cerę naczynkową. W związku z tym do mojej kosmetyczki trafiły dwa nowe kremy, tym razem w aptecznej, a nie drogeryjnej półki. W przypadku oczyszczania zmieniło się niewiele, ale doszedł jeden gadżet, który zdecydowanie ułatwił mi życie.




Wszystko, czego używam w codziennej pielęgnacji, pogrupowałam zgodnie z kolejnością, w jakiej używam, zacznę więc od oczyszczania. Cały czas używam micelarnego żelu nawilżającego z BeBeauty (biedronkowa firma) - jest tani, delikatny dla skóry twarzy, świetny do codziennego oczyszczania. Co kilka dni robię peeling twarzy za pomocą morelowego peelingu z Sorayi, kolejny kosmetyk, który gości u mnie od bardzo dawna. Nowym dodatkiem jest elektryczna szczoteczka do twarzy, którą co jakiś czas można upolować w Biedrach. Kosztowała nie więcej niż 30 zł, a sprawdza się naprawdę dobrze. W zestawie jest kilka różnych końcówek, ale używam tylko tej do oczyszczania. Jest dość miękka, ale jednocześnie usuwa martwy naskórek. Może nie polecałabym jej do codziennego mycia twarzy, ale tak ze dwa razy w tygodniu. Za takie pieniądze nie oczekiwałabym lepszej jakości, jestem z niej bardzo zadowolona.




Do zmywania makijażu moim numerem jeden nadal pozostaje dwufazowy płyn micelarny z Nivei. Nie podrażnia moich oczu (noszę soczewki), zmywa wszystko, łącznie z wodoodpornym tuszem, nie zostawia tłustych plam przed oczami (wiecie, co mam na myśli, prawda?). Do oczyszczenia reszty twarzy z makijażu świetnie nadaje się płyn micelarny z Garniera. Bardzo wydajny, przyjemny w użytkowaniu produkt, do tego bardzo tani, biorąc pod uwagę jego pojemność.




Czas na nawilżanie! Na dzień używam kremu RedBlocker, który ma w sobie zielony pigment, więc świetnie maskuje naczynka i ułatwia makijaż twarzy, bo działa trochę jak zielona baza. Zawiera SPF 15 i wyciągi z kasztanowca, ruszczyka i żurawiny. Zapewne dzięki tym wyciągom krem przepięknie pachnie, aż chce się go nakładać. Na noc używam kremu Iwostin Capillin, który ma wzmacniać i redukować objawy skóry naczynkowej. Ten kosmetyk również zawiera wyciąg z kasztanowca, do tego również z alg, witaminę E i pantenol. Pachnie podobnie, to pewnie sprawka tego kasztanowca… Kremów tych używam stosunkowo od niedawna, ale już widzę lekką poprawę stanu mojej cery. Mam nadzieję, że sprawdzą się też na dłuższą metę. Oprócz nich używam też żelu pod oczy i do powiek z FlosLeku. Przydaje się, kiedy mam męczone, podpuchnięte oczy. Dobrze trzymać go w lodówce i nakładać niczym zimny okład w sytuacjach kryzysowych.




Tak oto prezentuje się moja aktualna pielęgnacja. Jestem ciekawa, czy używacie któregoś z tych kosmetyków i jakie macie o nich zdanie. Jeśli wśród Was są posiadaczki cery naczynkowej, liczę na jakieś wskazówki, co pomaga, a co szkodzi i jakich produktów używacie.


peace&love,
Rebellious lady


poniedziałek, 14 września 2015

My Norwegian Dream

Od jakiegoś czasu marzyła mi się Skandynawia. Moja siostra, mistrz w konkurencji tanie podróżowanie, wyczarowała najtańsze bilety lotnicze do Norwegii. Takim oto sposobem w ramach prezentu urodzinowego znalazłam się w Stavanger, czwartym pod względem wielkości norweskim mieście, stolicy ropy naftowej i białych, drewnianych domków. Spokojne, klimatyczne, położone w okolicy pięknych fiordów. Jednym słowem - raj.





To było moje pierwsze spotkanie ze Skandynawią, ale na pewno nie ostatnie. Norwegia, a przynajmniej ten kawałek, który udało mi się zobaczyć, oczarował mnie od samego początku. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest tu dokładnie przemyślane, zaprojektowane, ale jednocześnie niewymuszone. Minimalistyczne, białe, drewniane domki zachwyciły mnie na tyle, że od czasu podróży marzy mi się jeden z nich. Niestety, nic nie jest bez wad - życie tam dla kogoś z zewnątrz (nie pracującego w Norwegii) jest wręcz niemożliwe. Ceny powalają turystów, dla zwykłego mieszkańca nie są już tak szokujące. Planujemy wrócić do Norwegii z większą ilością pieniędzy i być może autem dla wygodniejszego podróżowania między fiordami. Ale na razie to tylko plany.




Natura na tamtych terenach jest zachwycająca, idealnie nadaje się na scenerię filmów fantastycznych. Rejs po fiordach obfitował w widoki nadające się na pocztówki, co chwilę można było zauważyć skryte wśród lasu domki letniskowe, które norweskie rodziny dziedziczą z pokolenia na pokolenie. Takie spokojne życie w zgodzie z naturą wywarło na mnie ogromne wrażenie. Zdecydowanie jest to miejsce, w którym mogłabym mieszkać. Kto wie, może kiedyś…





Choć do Polski wróciłam już tydzień temu, w głowie nadal mam atmosferę tamtego miejsca. Zwiedziłam wiele różnych krajów, ale niewiele miejsc zachwyciło mnie tak, jak Stavanger. Jeżeli będziecie mieć kiedyś okazję odwiedzenia tamtych stron, nie zastanawiajcie się ani chwilę. Ostrzegam tylko, że istnieje szansa, że nie będziecie chcieli wsiąść w samolot do domu.


peace&love,
Rebellious lady


piątek, 21 sierpnia 2015

Więcej niż blog o kosmetykach

Każdy bloger ma jakąś wizję swojego dzieła. W jego głowie blog, który tworzy, jest piękny, a jego treści tworzą zgraną całość, trafiającą zazwyczaj do określonej grupy społecznej. Dobry bloger ma swój rozpoznawalny styl, czy to w sposobie pisania, grafikach czy tematyce. Dąży to zrealizowania tej wizji. Oczywiście, tak na prawdę nigdy nie osiągnie się ideału, nigdy ta wizja nie będzie zrealizowana w stu procentach. Pozwala ona jednak na tworzenie spójnego kontentu, który przyciągnie zainteresowanego nim czytelnika.

Gdy zaczynałam blogowanie, robiłam to zupełnie po omacku. Wracając do moich pierwszych wpisów, a nawet do pierwszego roku tworzenia bloga, wyraźnie widzę moje błędy i słabe strony tamtych wpisów. Cztery lata później tworzenie wpisu na bloga stało się dla mnie o wiele łatwiejsze, w końcu kilkaset postów robi swoje. Chociaż brakowało mi wiedzy, umiejętności i doświadczenia, miałam zapał do tworzenia, chęć pisania. Nie ukrywajmy, nie należę do najregularniejszych blogerek, posty pojawiają się tutaj zdecydowanie za rzadko. Do niedawna zrzucałam to na barki braku czasu, bo przecież zawsze jest dużo do roboty. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego nie tworzę tak często, jak bym chciała.

Tematyka tego bloga przestała mi wystarczać. Jestem osobą, która interesuje się mnóstwem rzeczy, ma wiele do powiedzenia, a jeszcze więcej chciałaby wiedzieć. Czasem po prostu nie jestem w nastroju na opisywanie kolejnej szminki. Wiesz, co mam na myśli, prawda? W żadnym wypadku nie oderwę się od tematów makijażowych i kometycznych, zwłaszcza, że niedługo będę stawiać pierwsze kroki w stronę profesjonalnego wizażu. Chciałabym tylko wyjść z pudełka. Thinking outside the box, jak pięknie nazywają to za granicą, to mój cel. Chcę porzucić etykietkę blogerki kosmetycznej. Przepraszam, będę egoistyczna - nie robię tego dla nikogo innego, tylko dla siebie. Myśląc o tworzeniu postów w głowie otwieram kosmetyczny kufer, zamiast worka z kreatywnymi pomysłami. Skutkuje to byle jakim tekstem z byle jakim zdjęciem. A ja nie chcę bylejakości. Uwielbiam interakcję z Wami, moimi czytelnikami i po prostu nie chcę wciskać Wam czegokolwiek. 

Dlaczego to wszystko piszę? Chciałabym nakłonić, żebyśmy tę zmianę przeszli razem. Bo razem ze zmianą nadejdą nowe tematy, w których będę dzielić się z Wami moimi poglądami, przemyśleniami i pomysłami. Będzie mi bardzo miło, jeśli Wy podzielicie się swoimi ze mną. Stwórzmy razem miejsce, które będzie więcej niż blogiem o kosmetykach. Niech to będzie miejsce, w którym będziemy rozmawiać.




peace&love,
Rebellious lady

środa, 29 lipca 2015

Gucci: z wybiegu na co dzień

Pamiętacie mój post Chanel: z wybiegu na co dzień? Zainspirowałam się wtedy makijażem modelek z pokazu Chanel Haute Couture SS 2014 i przełożyłam go na wersję nadającą się do noszenia na porządku dziennym przy pomocy kilku zwykłych kosmetyków. Bardzo interesuję się modą, a jeszcze bardziej makijażami pokazowymi, dlatego często patrząc na zdjęcia z pokazów mam ochotę wykonać je na sobie. Tym razem zainspirował mnie makijaż domu mody Gucci z pokazu FW 2014-2015. Wiem, że trochę minęło od tamtej pory, ale w końcu styl nie przemija, prawda?




Od razu chciałam zaznaczyć, że makijaż Gucci był dla mnie inspiracją i nie było moim celem odtworzyć go kropka w kropkę. Zrobiłam go w swoim stylu i przy pomocy tego, co miałam (chociaż i tak mam całkiem spory arsenał). Przede wszystkim zaczerpnęłam kolorystykę utrzymaną w ciepłych beżach, wyciągnięty cień w zewnętrznym kąciku, a także podwójną kreskę. Darowałam sobie natomiast sztuczne rzęsy na górnej i dolnej powiece, zamiast tego mocno wytuszowałam moje własne. Od siebie dodałam biały akcent na linii wodnej i między dwoma kresami dla podkreślenia uzyskanego efektu.