Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozświetlacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozświetlacz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 marca 2013

Moja wiosenna kosmetyczka

Choć za nami pierwszy dzień wiosny, to śnieg nadal leży za oknem i nic nie wskazuje na to, żeby miał ochotę sobie pójść... Cóż. Nie zmienia to faktu, że moje nastawienie i samopoczucie jest tuż czysto wiosenne, więc ochoczo zabrałam się do porządkowania mojej kosmetyczki. Odgrzebałam kilka produktów, o których  zapomniałam przez zimę, zostało też kilku stałych bywalców. Jesteście ciekawe, co się zmieniło?






Podstawa, czyli podkład, jak na razie pozostaje ta sama. Stary, dobry Pharmaceris F (recenzja TU) jest moim ulubieńcem na okres jesienno-zimowy od dawien dawna. Pasuje do mojej bardzo jasnej cery, zakrywa to, co trzeba. Mógłby się troszkę lepiej trzymać, ale nie jest źle - przede wszystkim pasuje mi odcieniem i właściwościami.
Gdy zrobi się cieplej i trochę się opalę, dzięki czemu nie będzie widać tych wszystkich żyłek i naczynek, przerzucę się na również sprawdzony Bourjois Healty Mix (możecie o nim przeczytać TU). Jest lekko kryjący, bardzo delikatny i naturalnie wygląda. Świetnie sprawuje się w cieplejsze dni.

Podczas jesieni i zimy nie mam w zwyczaju używać pudru. Dopiero gdy robi się cieplej, znów zaczynam go używać. Dlaczego? Po prostu nie lubię efektu zbyt matowej twarzy, a gdy jest chłodno nie mam problemu z nadmiernym wydzielaniem się sebum, dlatego wystarczy mi nałożenie na twarz tylko podkładu. W tym sezonie wiosna/lato będę zużywać kupiony jeszcze w tamtym roku Bourjois Heathy Balance, który przesypałam do opakowania po pudrze z Estee Lauder (znów się pokruszył i nie chciało mi się po raz kolejny go naprawiać).

Na policzki lądują róże, rozświetlacz i bronzer. Zimą nie używam dwóch ostatnich, bo na bronzer jestem za blada, a podkreślanie tego rozświetlaczem wcale nie pomaga. Ale skoro będę już trochę ciemniejsza, mogę sobie trochę pomóc. Bronzer z Essence (który niestety nie załapał się na grupową fotkę) ze stałej kolekcji oraz rozświetlacz z edycji limitowanej (recenzja TU) będą towarzyszyć mi również w tym roku (może tym razem je wykończę?). Róże pozostają te same - Inglot w kremie (pisałam o nim TU) oraz róż z limitki Catrice (o nim pisałam TU). Obydwa sięgają już denek, więc mam nadzieję, że pod koniec lata będę mogła zrobić jeden wielki projekt denko :)

Na oczach będą królować kolorowe kreski, między innymi te narysowane eyelinerami z Essence. Bardzo je lubię, w miarę długo się trzymają i mają ładne kolory. Na zdjęciu 01 Midnight in Paris oraz 04 I love NYC.
Do tego wystarczy wytuszować rzęsy - tu kolejny ulubieniec - Volume Million Lashes od L'Oreal'a (możecie o nim przeczytać TU).

Jeśli chodzi o usta, odkopałam mój ukochany balsam, kolejny raz edycja limitowana Essence, tym razem Fruity (na ustach pokazywałam go Wam TU). Daje delikatny kolor i ładnie pachnie, idealnie nadaje się na wiosnę. 


Oczywiście w tym zestawieniu nie pokazywałam Wam moich cieni, bo ich używam właściwie cały czas, bez względu na porę roku.


Jestem ciekawa, czy zrobiłyście w swoich kosmetyczkach porządki i czy nasi ulubieńcy się pokrywają. Dajcie znać, jak to u Was wygląda :)


peace&love,
Rebellious lady

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Crystalliced, czyli co złowiła Buntowniczka

Zostałam zaproszona przez Gustawę do TAGu o złowionych nowościach. Bardzo chętnie na niego odpowiem, ale w trochę inny sposób, ponieważ staram się ograniczać i nie kupować za dużo. Pokażę Wam po prostu to, co złowiłam z limitowanki Essence Crystalliced :)

Coś, co bardzo chciałam mieć, to rozświetlacz w płynie - przynajmniej tak opisuje go producent, ja uważam, że jest kremowy. Moim zdaniem to strzał w 10. Piękny odcień pasujący do ciepłych i chłodnych typów cery. Co prawda używałam go tylko parę razy, ale mam wrażenie, że będzie to jeden z ulubieńców.
Co mnie zdziwiło, to fakt, że kosmetyk nie ma nazwy... Byłam naprawdę zawiedziona, bo jednym z plusów Essence to ciekawe nazwy zamiast nudnych numerków.




Rzecz, która mnie zaciekawiła, ale bez której mogłabym się obejść, to cień w płynie. Szczerze mówiąc, to światło w drogerii mnie trochę zmyliło - sądziłam, że jest to szaroniebieski cień, jednak ma on w sobie brązowy połysk... Do tego nie powala pigmentacją. Nie tego się spodziewałam, ale zobaczymy czy się polubimy. Cienie są dostępne w 4 odcieniach, mój to 01 It's a snow - woman's world.




Za jakiś czas dam Wam znać jak kosmetyki się sprawdziły :)

A Wy - kupiłyście coś? Może dopiero wybieracie się na zakupy?


peace&love,
Rebellious lady


czwartek, 2 czerwca 2011

Moc kwiatów zamknięta w pudełeczku

Z edycji limitowanej Bloosoms etc. chyba największą uwagę skupił na sobie rozświetlacz. Odcień jest tylko jeden - 01 Flower power, a chętnych wielu :) Opinie na jego temat są podzielone - jedni go kochają i żałują, że to limitowanka, a inni twierdzą, że nie robi nic. Nadszedł czas, abym dorzuciła moje trzy grosze.




Opakowanie:
Co prawda plastikowe, ale dość porządne jak na Essence. Nawet na początku miałam problem z jego otwieraniem, bo tak mocno trzymało. Z czasem się wyrobiło i sprawdza się dobrze. Wiadomo, nie jest najpiękniejsze, ale za taką cenę... who cares? :)

Produkt:
Producent nazywa to cudeńko "multi color powder", ale ja nie wyobrażam sobie używania go jako zwykłego pudru. Lub chociażby zamiennik meteorytów. Moim zdaniem jest to delikatny rozświetlacz i w takim celu go kupiłam. Przyznam Wam się, że jest to pierwszy tego typu kosmetyk w moim kuferku - po prostu wcześniej nie widziałam potrzeby posiadania rozświetlacza. Mimo tego mam porównanie, nie myślcie sobie, że tak w ciemno piszę :) 
To co znajdujemy w środku, zdobywa kobiece serca: przesłodkie, kolorowe kwiatuszki z lekkim pobłyskiem srebra gdzieniegdzie. Tak to już jest, że kobiety często lecą na takie bajery :) Konsystencja lekkiego pudru, powiedziałabym nawet, że bardzo lekkiego. Śliczny, słodkawy zapach. 

Działanie:
Złe dobrego początki - gdy przyszłam do domu, od razu wzięłam się za testowanie. I co? Zaskoczenie. Chwyciłam za pędzel do bronzera/różu/rozświelacza, nabrałam kosmetyku i maluję. Nic. Drugi raz to samo. I trzeci. I czwarty. Kolejne warstwy, nic nie było widać. Pomyślałam, że to wina pędzla  (pewnie łakomczuch zjada mi kosmetyk), więc szybko zmieniłam pędzel na troszkę bardziej drapiący (mimo że go nie lubię). Dalej nic. Poszperałam w internecie - i co się okazało? Najlepszą metodą na aplikację tego nicponia jest wklepywanie palcami. Tak go używam i spisuje się całkiem nieźle.

Trwałość:
Parę godzin, to zależy od tego, czy często dotykacie swojej twarzy. Ja niestety często to robię i utrzymuje się jakieś 2 godziny.

Efekt: 
Delikatna, różowosrebrna poświata - idealna dla bladolicych. Nie ma ogromnego brokatu, a drobinki są widoczne w świetle naturalnym/sztucznym.


Podsumowując, jest to dobry kosmetyk za niską cenę, ale nie must have. Jeśli jesteście zainteresowane, zajrzyjcie do Natury (uzupełniają standy). Z pewnością nie jest to mój ulubiony rozświetlacz, będę szukała ideału. Ot, moc kwiatów zamknięta w pudełeczku :)